• Witamy
    na World Around

    Lubisz podróże?
    Potrzebujesz profesjonalnych zdjęć?
    Dobrze trafiłeś!

  • Zaplanuj wakacje
    z World Around!

    Oferujemy zwiedzanie najciekawszych miejsc na ziemi
    Małe grupy uczestników
    Całodobowa opieka przewodnika

  • Przeglądaj zdjęcia
    zakup ulubione

    Zapraszamy do naszych galerii
    Skorzystaj z naszego sklepu
    Płać za pomocą Paypal

Previous slide Next slide

Logo

photo
birma2
photo3
photo4
my_bali
birma4
birma5
birma6

Birma według Marleny

Nadeszła długo wyczekiwana chwila… wylądowaliśmy na okrytym już mrokiem lotnisku w Yangon, które nie przypomina tych, na których mieliśmy okazję być wcześniej, a zwłaszcza tego w Bangkoku
Zero bilboardów, sklepów, barów, szaro, buro i ponuro… jakbyśmy cofnęli się w czasie… chcieliśmy szybko sprawdzić co jest za drzwiami lotniska…

 

Z adresem hotelu w garści łapiemy taxi, a raczej taxi nas łapie… ale jaaaakie taxi J Ostatnio taki samochód widziałam u dziadków na działce obok kurnika… z taką tylko różnicą, że taksówka miała szyby. W drodze z lotniska z zainteresowaniem obserwowaliśmy miasto i mieszkańców na ulicach i od razu dało się zauważyć , że ten kraj zupełnie nie da się porównać z niczym innym co już do tej pory udało nam się zobaczyć. Mieliśmy wrażenie, że czas się zatrzymał jakieś 100 lat temu. W taksówce po raz pierwszy zetknęliśmy się z wielką życzliwością, co jak się później okazało jest naturalne dla mieszkańców Birmy. Mężczyzna obdzwonił hotele, które mieliśmy w notesie i w żadnym z nich nie było wolnych pokoi. To był styczeń/luty czyli high season i problemy z dachem nad głową mieliśmy przez cały czas trwania podróży. Miły driver wysadził nas na uliczce przy pagodzie Sule Paya , na której było sporo guest house’ów. Pomimo, że ulica wyglądała jak po wojnie, a budynki sprawiały wrażenie jakby miały się za chwilę zawalić, uliczka była na swój sposób urokliwa.

 

Udało nam się zakwaterować, nie bez wysiłku, na 8-mym piętrze Chan Maye Guest House, tu zetknęliśmy się po raz kolejny z niespotykaną nigdzie indziej na świecie, nie udawaną uprzejmością, której nie da się wręcz opisać. Dostaliśmy niezły ładunek pozytywnej energii i z tym ładunkiem wyruszyliśmy późną już porą zdobyć coś do jedzenia… ale zero kyatów w naszych kieszeniach. Było ciężko o tej porze o wymianę dolców, ale Birmańczycy zawsze coś wymyślą. Kantorem okazał się mały sklepik spożywczy, a maszyną liczącą była dziewczynka 12-letnia, a było co liczyć J Pierwszy raz mieliśmy worek pieniędzy w zamian za jeden papierek. Oczywiście dolary muszą być ‚wyprasowane’, prosto z fabryki! Dostaliśmy 81 tysięcy kyatów za banknot 100 dolarowy i jak się później okazało to był najlepszy kurs w całej Birmie. Warto wymienić w Yangon więcej pieniędzy.

 

Z workiem szmalu udaliśmy się do dzielnicy China Town na jedzonko. Było pysznie mimo, że miejsce wyglądało na dość poważnie syfiaste, zero białych twarzy i wszystkie skośne oczy były wlepione w nas. Męska rozmowa lub bardziej słowo kalambury było by tu odpowiednie, rozśmieszyło płeć piękną naszej paczki do łez, a chodziło konkretnie o słowo ‚toaleta’ i wymowny gest Krzyśka rozśmieszył nie tylko nas, ale również całe szemrane towarzystwo J Mimo, że dzielnica tętniła życiem, wszyscy jedli, pili i świetnie się bawili, nagle po 23 wszyscy zaczęli się ulatniać i knajpki zaczęły przygotowywać się do zamykania, wszystko postępowało w szybkim tempie, więc i my się ewakuowaliśmy. Do guest house’u szliśmy puściutkimi i dość ciemnymi ulicami. Przejście chodnikami to prawdziwy tor przeszkód. Trzeba bardzo uważać na głębokie dziury!

 

Po wyspanej nocy wyruszyliśmy w miasto z mapą w ręku, którą dostaliśmy od keep smiling chłopaka z recepcji. Największe wrażenie zrobiła na nas Pagoda Shwedagon . Atmosfera jaka tam panuje nie da się opisać. Nie wiem co robiło większe wrażenie, 99 metrowa, mieniąca się złotem stupa czy gorliwie oddający cześć Buddzie ludzie. Ilość złota jaka została użyta do budowy tych zachwycających budowli i słońce odbijające się od niego oślepiała nas i czuliśmy się momentami jakbyśmy byli w krainie luster. Jest to zupełnie magiczne miejsce, a klimat tam panujący wprawia w stan zadumy, a jednocześnie biegający tam mali, roześmiani mnisi sprawiają, że jest tam bardzo przyjaźnie i wesoło. W drodze powrotnej, zupełnie nie planując tego pozałatwialiśmy sporo spraw organizacyjnych, m.in. bilety na nocny autobus do Kalaw, skąd mieliśmy wyruszyć na trekking. Kupiliśmy ostatnie miejsca na wieczór. Bilety autobusowe i pokoje w hotelach trzeba rezerwować z wyprzedzeniem!

 

Gdy dotarliśmy na dworzec PKS, nasze kiszki na dobre już marsza grały, więc udaliśmy się jeszcze w poszukiwaniu małego co nie co przed wyjazdem. Tym razem knajpa wyglądała naprawdę źle, spodziewaliśmy się tragicznego jedzenia, ale była tam przemiła kelnerka, więc postanowiliśmy zagościć w tej ‚rzeźni’ J Jedzenie okazało się zjadliwe, a nawet dobre, jednak otoczenie w którym jedliśmy nie pozwalało, co niektórym cieszyć się w pełni dobrym smakiem, jednak co niektórzy jedli, aż im się uszy trzęsły, a patyczki tylko śmigały. Wszyscy z lepszymi bądź gorszymi minami coś w siebie wrzucili, a dla lepszego trawienia obowiązkowa Star Cola (birmańska wersja Coca Coli). Z pełnymi brzuchami mogliśmy spokojnie udać się do autobusu. Jednak birmański autobus i pasażerowie na pokładzie, to nie to samo, co w Europie J Luki na bagaże wypełniały wielkie, cieknące i cuchnące kartony pełne ryb i innych ‚gadów’ morskich. Zastanawialiśmy się jak będą pachniały nasze plecaki po tej wielogodzinnej przejażdżce. Jednak plecaki pojechały w środku, na tyłach autobusu i służyły za idealne legowisko dla kierowcy.

 

Droga minęła miło i szybciej niż się spodziewaliśmy, pomimo częstych przystanków w przydrożnych barach; mieliśmy być w Kalaw o szóstej rano, a byliśmy już po drugiej w nocy. Podczas tej nocy została rozwiązana jedna z zagadek Birmańczyków, a dokładnie jak się oddaje mocz mając na sobie longyi (lądżi) tradycyjny męski strój. Jednak nie zdradzę tej tajemnicy i zostawię tu pole do popisu dla wyobraźni ;)

 

Gdy wyskoczyliśmy zaskoczeni z autobusu w Kalaw, jakież było nasze zdziwienie, że na zewnątrz jest jeszcze zimniej niż w autobusie z odkręconą klimą na full, było jakieś 5 st.C Byliśmy przygotowani na to, że w górach będzie chłodniej, ale że aż tak zimno, to nie. Trzęsąc się z zimna zaczęliśmy wrzucać na siebie wszystko co mieliśmy… podczas tej szamotaniny podszedł do nas jakiś nocny Marek, oczywiście z chęcią pomocy i zaprowadził nas do Eastern Paradise Motel, który mieliśmy w notesie, a w którym jak zwykle nie mieli wolnych pokoi. Ale kierowniczka coś szepcząc po cichu w ciemnościach… my tylko przytakiwaliśmy głowami… zaprowadziła nas gdzieś na tyły i powiedziała, że dzisiaj będziecie spać tu… spędziliśmy noc w mini pokoikach ‚lodówkach’ przypominających altankę późną jesienią, żeby nie powiedzieć kostnicę ;) Zmarznięci, rano cieszyliśmy się ze słońca jak nigdy wcześniej, wygrzewając się na tarasie, po pysznym śniadanku.

 

Kalaw, to małe górskie miasteczko, w którym nic specjalnego się nie dzieje, ale mają tam cudowny targ, na którym sprzedają głównie warzywa i wyroby rękodzielnicze. Panuje tam niesamowity klimat za sprawą ludzi, którzy sprzedają tam plony swojej ciężkiej pracy oraz rękodzieło. Ogólnie Birmańczycy żyją jak jedna wielka rodzina, wszyscy sobie pomagają, nie ma tam żadnej agresji, co wydaje się wręcz niewyobrażalne do osiągnięcia np. w Europie. Paradoksalnie wpływ izolacji ludzi od świata spoza granic własnego kraju, zamknięcia na cywilizowany świat, sprawił, że ci ludzie są wyjątkowi, a ich kultura nie jest niczym skażona. To kraj wspaniałych ludzi, dla których liczy się przede wszystkim drugi człowiek. Mocno na to wpływa również ich wyznanie, żyją tam w prawie 83% buddyści. Jest to kraj gdzie żyje się bardzo skromnie, a najważniejsze są pogoda ducha i uśmiech na twarzy… można się od nich naprawdę wiele nauczyć! Zauważyliśmy, że kobietom bardzo podobają się pomalowane usta i paznokcie, wiedząc o tym już przed wyjazdem, zaopatrzyliśmy się w mnóstwo kosmetyków do malowania. Będąc na tym targu obdarowaliśmy niektóre przedsiębiorcze damy szminkami, tuszami, cieniami… były przeszczęśliwe i my również J Zostaliśmy też obdarowani. Dzieciakom serwowaliśmy długopisy i różne gadżety reklamowe jak np. smycze.

 

Wieczorny obiad, w przeddzień trekkingu, jak się okazało w nocy i następnego dnia nie należał do łatwo strawnych, a mógł być niemal zabójczy, nie tylko dla psa, który prawie skonał jedząc z nami (ość stanęła mu w gardle) ale i dla nas, więc wyjście rano na trekking nie należało do tych łatwych i pełnych zapału. Sam trek w takim stanie był prawdziwym wyczynem. Mimo, że struci, ale twardzi, wszyscy wyruszyliśmy w drogę z samego rana z naszym guidem zwanym UZO, prosto do Inle Lake, które było za polami, za górami, za lasami. Krajobraz przypomina trochę nasz polski, ale kolor ziemii jest niesamowity, czasem pomarańczowy, czasem mocno czerwony. Po całym dniu marszu byliśmy czerwoni jak cegła, a nosy mieliśmy bordowe od słońca.
Po drodze mijaliśmy urocze wioski, i pracujące w nich kobiety z dziećmi. Mężczyźni pracują głównie w polu. W Birmie nadal używa się tradycyjnych ręcznych narzędzi do koszenia, zbierania i przetwarzania zboża. Nie ma tutaj traktorów, kombajnów i innych urządzeń mechanicznych ułatwiających prace. W polu pracują całe rodziny, również dzieci, które wypatrywały nas z daleka i biegły popatrzeć na nas, a my częstowaliśmy je cukierkami, a tym które chodzą do szkoły dawaliśmy po długopisie. Cukierek i długopis wyczarowywał big uśmiech na ich twarzach.

 

Przed zachodem słońca dotarliśmy do klasztoru, w którym spędziliśmy niesamowitą noc. Miejsce samo w sobie miało klimat i mimo spartańskich warunków ( toaleta to był prawdziwy hardcore) przebywanie tam było cudownym doświadczeniem. Nasz osobisty kucharz przygotował nam przepyszną kolację przy świecach, ale mimo tego, że to było najlepsze co jedliśmy w Birmie, żołądki niektórych z nas nie mogły nic przyjąć… Po kolacji mieliśmy okazję uczestniczyć w wieczornych modlitwach małych mnichów. Śpiewane przez nich pieśni, ich głosy, półmrok i klimat panujący wówczas w klasztorze pozostanie w naszej pamięci jako magiczne przeżycie na zawsze, które gdy trwało zahipnotyzowało nas i czuliśmy się wyjątkowo tu i teraz, a czas jakby zatrzymał się w miejscu i chciałoby się żeby ta chwila trwała…

 

Zjedliśmy noodles soup ciesząc oczy widokami, a potem hop do łodzi motorowej i w rejs! To była pełnia szczęścia, wiatr we włosach, radocha niczym karuzela dla dzieci. Mijaliśmy domki zbudowane na palach, rybaków wiosłujących nogą, kobiety w czółnach pełnych warzyw, bawoły kąpiące się w jeziorze, kobiety piorące, myjące się przy brzegu, kawałek zwykłego życia na jeziorze Inle, ale jakże niezwykłego jednak. Dopłynęliśmy do Nyaung Shwe, gdzie czekały na nas plecaki w Little Inn Guest House, z którymi musieliśmy się udać do Remember Inn z drugiej strony miasta, gdyż wolne pokoje nie czekały na nas tak jak plecaki ;) Przemarsz przez miasto z plecakami , nie w pełni zdrowia sprawił, że byliśmy wykończeni co znacznie pogorszyło nasze nastroje. Po krótkim odpoczynku i upragnionym prysznicu (ledwo się odszorowaliśmy z czerwonej glinki) poszliśmy jak zwykle coś zjeść. W poszukiwaniu dobrej jadłodajni (mieliśmy ochotę na coś naprawdę pysznego) zatrzymaliśmy się popatrzeć na rozgrywki chłopaków w piłkę bambusową, którą odbija się nogą i która musi przelecieć nad siatką jak w naszej siatkówce, tylko siatka jest powieszona na wysokości 1,5m, taka ‚siatkonoga’ Wygląda to zjawiskowo, a chłopaki są w tym naprawdę świetni… zagapiliśmy się dłuższą chwilę, po czym zachciało nam się pić, więc udaliśmy się do knajpy tuż za płotem… no i trafiliśmy do istnego raju, poznaliśmy niejakiego MIN MIN’a, który jak się potem okazało grał w tą siatkonogę, a za chwilę robił nam shake’a, a w międzyczasie załatwił nam bilety na autobus, zarezerwował hotel, sprzedał wycieczkę po Inle Lake, wymienił dolary na kyaty, pokazał nam albumy ze zdjęciami przysłanymi przez turystów, zdjęcia z trekkingów i wypraw, bo jest również przewodnikiem, zdjęcia z jego podróży zagranicznych… tak, Birmańczyk za granicą! J poznał z całą rodziną i wiele innych niezliczonych ciekawych czynności wykonał w tym czasie… zauroczyliśmy się nim na maxa, spędziliśmy tam już czas do końca dnia, jedząc, pijąc i rozmawiając żywo jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. POLECAMY jego MIN MIN’s RESTAURANT ! Następnego dnia wyruszamy w rejs po zakamarkach Inle Lake, nie z kim innym jak z bratem Min Mina J.

 

Rano z entuzjazmem wsiedliśmy do przysłanej przez Min Mina rikszociężarówki i rusz(ryliśmy w całodzienną wyprawę łodzią po jeziorze. To był bardzo udany dzień. Oprócz pięknych widoków i ciekawej obserwacji życia mieszkańców zobaczyliśmy też sporo fabryk rękodzieła, a także targ, wszystko jak ze średniowiecza. Tu spotkaliśmy się pierwszy raz z ‚si maj szop’ czyli sprzedawcami pamiątek, dość natarczywymi, ale w tym całym zachęcaniu jednak bardzo mili, uśmiechnięci i nie tak nachalni, jak ich odpowiednicy w Indiach.

 

Popłynęliśmy również ponownie do wioski Indein by udać się do Shwe Inn Tain. Jedna osóbka cieszyła się podwójnie z powrotu do tej wioski, gdyż dzień wcześniej nie kupiła kolczyków, które jej się podobały i potem bardzo tego żałowała… Pani ‚si maj szop’ była ucieszona kiedy zobaczyła nas ponownie i już bez targowania się kupiliśmy po naszej cenie, kolczyki od razu stały się ulubionymi J W tej miłej atmosferze Shwe Inn Tain nas zachwycił bardzo jak i sama droga do tych pięknych stup. A po drodze kolejne zakupy wystruganych ryb i grzechotek z fasoli od dzieciaków jak ich nazywaliśmy później ‚łan tauzen czjat’. W samym kompleksie zniszczonych przez bardzo wilgotny klimat 1054 stup, pochodzących w większości z 17 i 18 wieku nie było prawie nikogo, więc mogliśmy pobuszować sobie między tymi ruinami na spokojnie. Część z nich jest w bardzo złym stanie, inne są w trakcie rekonstrukcji ale są i takie które wyglądają jakby wybudowano je wczoraj. Ze szczytu wzgórza roztaczają się wspaniałe widoki na jezioro i dolinę. Nie chciało się opuszczać tego miejsca…

 

Wieczorem po czułym pożegnaniu z Min Minem, pojechaliśmy na dworzec aby wyruszyć nocnym autobusem do Mandalay. Droga jak zwykle minęła szybko i gładko i choć było ciemno, serpentyny, przepaście i wyczyny kierowców autobusów na zakrętach tych wąskich piaszczystych dróg zapierały dech w piersiach. Ale nie czuło się strachu, mieliśmy pełne zaufanie do kierowcy… czuliśmy się bezpiecznie.

 

Do Mandalay dotarliśmy zgodnie z planem tym razem o 3 rano, mieliśmy rezerwację w I.T .Hotel, ale jak się okazało po przyjeździe w naszych pokojach spał ktoś inny i musieliśmy czekać w recepcji, aż zwolnią pokój, a doba hotelowa trwała do 12-tej! Poszliśmy się rozejrzeć za inną miejscówką i jak się okazało nie byliśmy sami w takiej sytuacji. W hotelu obok czekało kilka grupek turystów i wszyscy krążyli po hotelach i szukali wolnych miejsc, bezskutecznie. Resztę nocy spędziliśmy na recepcji w hotelu Garden i tu zostaliśmy zakwaterowani około godziny 10-tej! Tradycyjnie, odpoczynek… jednak tym razem spaliśmy prawie do wieczora tak byliśmy wykończeni, a potem poszliśmy sprawdzić co w trawie piszczy J natrafiliśmy na riksze rowerowe, ale driverzy nie mówili po angielsku, wytłumaczyliśmy im jakoś, że chcemy do banku, wymienić kesz chcemy, ale się okazało, że tylko nam się zdawało, że zrozumieli… jechaliśmy długo, ale widoki mieliśmy cudowne, gdyż po drodze rozciągała się panorama na Mandalay Palace. Gdy szoferzy się spocili, wstawali i siadali, ledwo zipali, dojechaliśmy, ale do najdroższego hotelu w mieście, a nie do banku, heh. Spotkaliśmy tu jednak pana mówiącego po angielsku, który wytłumaczył kierowcom gdzie mają nas zawieźć. Panowie byli niepocieszeni, a my z chęcią zasiedliśmy wygodnie i w drogę. Gdy dojechaliśmy do banku, pocałowaliśmy klamkę, ale umówiliśmy się z personelem banku, który siedział na krawężniku przed bankiem, na dobry kurs następnego dnia rano. Pozostało tylko pojechać coś zjeść i ugadać się z taksówkarzem na całodzienny objazd trzech starożytnych stolic następnego dnia.

 

Taksówkarz czekał rano punktualnie przed hotelem tak jak się umówiliśmy, wypucowanym samochodem, miły, uprzejmy, że aż miło. Ten dzień był jednym z bardziej udanych. Zwiedziliśmy piękną Invę (Avę), gdzie życie się toczy jakby niezmiennie od czasów średniowiecza. Przepłynęliśmy na drugą stronę rzeki Irrawadda i nagle jakbyśmy się znaleźli na planie starego filmu… zero motoryzacji, tylko wozy na drewnianych kołach zaprzęgnięte w koniki. Wzięliśmy jedną bryczkę i ruszyliśmy przez pola ryżowe, plantacje bananów, wioski bez prądu, aż do drewnianego klasztoru Bagaya Kyaung , za wejście do którego chcieli od nas po 10$ na łebka. Podziękowaliśmy Pani w budce i powiedzieliśmy, że chcemy zwiedzić tylko na zewnątrz, była niepocieszona, za to ‚si maj szop’ się wyraźnie cieszyły, że nie daliśmy pieniędzy dla generałów… Kolejnym miejscem był murowany klasztor Maha Aungmye Bonzan, woźnica wpuścił nas tylnym wejściem, za drobną opłatą dla niego, bo wejście do tej świątyni kosztowałoby nas kolejne 10$. Ale było co podziwiać. Po raz kolejny zastanawialiśmy się gdzie my jesteśmy i byliśmy bardzo szczęśliwi J


Odwiedziliśmy też Buddę na wzgórzu w Sagaing, skąd rozciągał się widok na tysiące małych stup porozsiewanych wszędzie również na zboczach gór. No i wreszcie udaliśmy się na wyczekiwany zachód słońca w Amarapurze, na moście U Bein Bridge, czyli najdłuższym moście teakowym na świecie. Byliśmy na moście, pod mostem, przy moście i urzekło nas również stare, uschnięte drzewo, które stało samotnie w okolicy mostu, spędziliśmy przy nim i na nim miłe chwile podziwiając kolory nieba o zachodzie słońca. Dobrze nam tam było J Ale trzeba było wracać gdy zrobiło się ciemno.

 

Kolejnego dnia udaliśmy się statkiem do Mingun. Pierwsze co widać z rzeki to Mingun Paya, która byłaby prawdopodobnie największą świątynią na świecie, gdyby jej budowa nie została przerwana wraz ze śmiercią króla, który budowę rozpoczął. Miałaby 150 m wysokości. Dziś ma zaledwie 50 metrów, ale i tak jest gigantyczna. Szwendając się, powoli, z nogi na nogę dotarliśmy do Mingun Bell. Słynny, podobno największy na świecie bijący dzwon jest naprawdę wielki! Dalej po drodze był piękny gigant Hsinbyume Paya. Zapierał dech w piersiach, i raził po oczach swoją bielą. Mieliśmy jeszcze chwilę czasu do odpłynięcia łodzi, więc Krzychu zintegrował się z młodym mnichem i pograli sobie w strzelanie z gumek po nogach… Wieczorem chcieliśmy kupić bilety na łódź do Bagan, gdyż mieliśmy zamiar cały dzień podziwiać widoki z łodzi w drodze do Bagan, lecz nasz zapał ostudziła trochę cena – 40$ od osoby i zdecydowaliśmy się podziwiać widoki z okna autobusu, co się okazało istną gehenną. Kupiliśmy ostatnie miejsca, które były na samym końcu, co było prawdziwym dramatem, było strasznie głośno, wytrzęsło nas za wszystkie czasy, gryźliśmy piach w zębach, a oprócz tego odurzeni spalinami z silnika, próbowaliśmy się zdrzemnąć, ale się nie dało. Poza tym autobusy nocne, kiedy jest chłodno, schładzają jeszcze klimą, a w dzień w pełnym słońcu jechaliśmy bez klimy! To była najcięższa przejażdżka… never ever! Za to po dojechaniu na miejsce, okazało się, że po raz pierwszy nasze zarezerwowane pokoje czekały na nas :D Radość! Radość! Radość! Poza tym Bagan to oaza spokoju. Zero kurzu, turyści śmigający rowerkami, ptaszki ćwierkające, koniki stukające podkowami, idealny na naszą traumę autobusową. Przejażdżka bryczką na zachód słońca zrekompensowała nam wszystkie straty i natychmiast naprawiła skutki uboczne podróży by bus. Kiedy wdrapaliśmy się na pagodę, zatkało nas, szczerze oniemieliśmy z zachwytu. Gdzie okiem sięgnąć stoją olbrzymie, piękne, ceglane pagody, stojące w tabunach unoszącego się spod kopyt i kół powozów pędzących z turystami na zachód słońca. Nie da się opisać, żadne zdjęcia nie oddadzą tego co nasze oczy tam widziały. Trzeba to zobaczyć! Zauroczeni tym widokiem z pięknymi kadrami pod powiekami udaliśmy się do łóżek na odpoczynek. Następnego dnia znów ujrzymy zachód słońca, tym razem z innej, większej pagody… po prostu bajka J.

 

Kolejny dzień w Bagan, to istna sielanka, i prawdziwy relaks, a oczy nasycić się nie mogą tym co widzą. Było nam tu naprawdę wspaniale J Wieczorem autobus do Yangon. Droga jak na birmańskie warunki wspaniała, mkniemy z zawrotna wręcz prędkością, jeszcze przed świtem jesteśmy świadkami cudownego i rzadko widywanego wschodu księżyca… ogromna czerwona kula wyłoniła się zza widnokręgu, wyglądało to jakby jakaś wielka czerwona planeta zbliżała się do ziemi, jak w filmie ‚Melancholia’ Larsa von Triera. Ten widok mamy wciąż pod powiekami na każde zawołanie J.

 

I ponownie witamy w hałaśliwym i ruchliwym Yangonie. Wcześniej, gdzieś na trasie, dowiedzieliśmy się od pewnego Kanadyjczyka o pociągu, który jedzie dookoła Yangonu za 1$. Postanowiliśmy skorzystać z tej oferty. Nasz guest house znajdował się w sąsiedztwie stacji PKP, więc spacerkiem ruszyliśmy na peron żeby to sprawdzić i gdy dotarliśmy na miejsce, pociąg właśnie miał zamiar odjechać, więc bez zastanowienia wskoczyliśmy czym prędzej do niego J Pociąg jechał 3 godziny J, zatrzymywał się co chwila, upał był nieziemski, a na każdej stacji dosiadało się mnóstwo ludzi z wszelakimi towarami, głównie były to wielkie kosze warzyw i różnych liści, które kobiety podczas jazdy układały w równe pęczki. To było bardzo ciekawe doświadczenie, tylko wysiadaliśmy po 3 godzinach zmęczeni jakbyśmy pracowali cały dzień w polu. A poza tym czuliśmy się jak ugotowani na twardo J Jednak, gdy wrzuciliśmy cos na ząb zrobiło się nam od razu lepiej i udaliśmy się na zakupy…


Kolejny dzień minął znów w podróży, udaliśmy się pociągiem do Bago, tym razem za 2 dolce w ordinary class. Na miejscu wskoczyliśmy na motory i ruszyliśmy z wizytą do leżącego Buddy, który faktycznie leżał sobie i był naprawdę wielki! Obiektów do zobaczenia jest nadspodziewanie dużo jak na to mizernie wyglądające miasteczko jeździliśmy więc od świątyni do świątyni, od klasztoru do klasztoru, aż głód nas przycisnął i pojechaliśmy na obiad jeszcze przed odjazdem pociągu.

 

Ostatni dzień w Yangon spędziliśmy na zwiedzaniu miasta pieszo, zawędrowaliśmy nawet do ZOO J Nie oczekiwaliśmy zbyt wiele od birmańskiego zoo, a tu naprawdę wielkie zaskoczenie, było naprawdę ciekawie… hipopotamy jadły nam z ręki, było tam mnóstwo zwierząt… państwo Gucwińscy mieliby co tam robić ‚z kamerą wśród zwierząt’. Byliśmy również świadkami Lion’s love ;) trzeba powiedzieć, że nawet trochę się zawstydziliśmy podglądając te piękne zwierzęta. Są naprawdę potężne i eleganckie. Prawdziwa królewska para dżungli!

 

Czas płynie nieubłaganie i nasza cudowna przygoda musi się kończyć, rano wylatujemy z tego magicznego kraju, by zabawić jeszcze 2 dni w Bangkoku- hałaśliwym mieście rozpusty i udamy się do domu pełni wrażeń i z mamy nadzieję z jak największym bagażem doświadczeń , nauką i pokorą wyniesioną z tego niesamowitego kraju i od tych uśmiechniętych ludzi, do których chce się wrócić żeby usłyszeć choć jeszcze raz w życiu Min ga la ba J.