Tu i teraz czyli moje odkrywanie Tajlandii cz. 1 | Worldaround.co.uk
  • Witamy
    na World Around

    Lubisz podróże?
    Potrzebujesz profesjonalnych zdjęć?
    Dobrze trafiłeś!

  • Zaplanuj wakacje
    z World Around!

    Oferujemy zwiedzanie najciekawszych miejsc na ziemi
    Małe grupy uczestników
    Całodobowa opieka przewodnika

  • Przeglądaj zdjęcia
    zakup ulubione

    Zapraszamy do naszych galerii
    Skorzystaj z naszego sklepu
    Płać za pomocą Paypal

Previous slide Next slide

Logo

Tu i teraz czyli moje odkrywanie Tajlandii cz. 1

Warszawa, Polska

Rozpocząłem swoją kolejną podróż po Azji. Kolejny raz Tajlandia, która nie bez powodu przecież, stała się dla mnie nie mniej ważna niż Mazury.. Tajlandia tak jak Mazury jest rajem dla „wodniaków” wszelakiej maści. Z tą małą różnicą, że woda tutaj ma około 28-29 stopni przez prawie cały rok. Tym razem postanowiłem poznać wyspy południowo-wschodniej części zatoki syjamskiej w prowincji Surat Thani. Zatem rozpoczynam swoją tajską przygodę od Ko Samui, trzeciej co do wielkości wyspy Tajlandii.

thai13
thai13

Wieczór minął w rytmie leniwego klimatu charakterystycznego dla Maenam, w północnej części wyspy Ko Samui. Bungalow, w którym mieszkam, przylega do innego, a ten do jeszcze kolejnego, ustawionych w dwa szeregi visa vis siebie. Palmy wokoło dają cień za dnia, a wieczorem korespondują swoim wizerunkiem z barwami zachodzącego słońca. Wejścia domostw za dnia zwyczajowo są uchylone szeroko. Zatem niezamierzenie stajesz się uczestnikiem i obserwatorem życia innych ludzi, którzy swoją prywatność odkładają na czas nocny. Zanim jednak noc nastanie doświadczam swoistego reality show celebrowania życia rodzinnego przy otwartych drzwiach. Ojciec pucuje swoją Yamahę na wysoki połysk (coś w typie Harley’a, nie znam się na motorach), żona prasuje na tarasie, dorabiając tym zajęciem wraz z praniem do budżetu domowego 30 bahtów za kilogram, syn zaś siedząc na posadzce w drzwiach wejściowych rysuje coś z zacięciem przybierając przy tym wszelkie możliwe horyzontalne pozy.

thai13
thai13

Na moim rzekomo wodoszczelnym zegarku krótsza wskazówka nieśmiało osiąga godzinę 22-gą. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie uchylone wcześniej drzwi zamykają się i wszyscy mieszkańcy chowają się do wnętrz swoich domów celebrując nastanie nocy, pory odpoczynku.

Gorąca noc na Samui, w Tajlandii. Za ścianą chrapie właściciel miejsca, które stało się moim tymczasowym domem na jakiś czas. Lokalny policjant, po ciężkim noworocznym tygodniu ujarzmiania niesfornych motocyklistów bez opamiętania powodujących kolizje swoich jednośladów z innymi pojazdami, ma prawo być zmęczony. Wczoraj zaprezentował mi swoją dorodną odznakę odsłaniając przy tym tors pokryty komiksem tajskich tatuaży. Zrobił to chyba wcale nie dlatego, żeby mi zaimponować czy wzbudzić respekt, ale raczej zagaić rozmowę. A tutaj, trzeba wiedzieć, ludzie nie przywiązują się tak do swojej prywatności i intymności w takim stopniu jak to czynią mieszkańcy Europy. Życie toczy się na oczach sąsiadów i przechodniów, w asyście odgłosów krzątaniny i warkotu silników pojazdów zmierzających do przystani Lamphraya. Mój sąsiad i właściciel bungalowu, ojciec rodziny, w przerwach miedzy nadawaniem komunikatów przez służbowe walkie talkie do podwładnego albo przełożonego na posterunku, wychodzi przed swój dom pograć z synem w piłkę, potem nawiązać rozmowę z sąsiadem, który właśnie z hałasem wjechał na podwórko swoim pick’upem.

thai13
thai13

Jadam „na mieście”. A właściwie przyrządzam sobie sam niewyszukane wegetariańskie dania w pobliskich 4-6 stolikowych rodzinnych restauracyjkach, bądź rzadziej w większych foodcotach, gdzie właściciel udostępnia mi kuchnię na czas mojego happeningu kulinarnego, ku uciesze nielicznych Europejczyków spożywających swoją kolację. W wieczornych godzinach szczytu jest to wygodny sposób na odciążenie kucharza od nawału zleceń. Znajduję więc swojego wouk’a i do dzieła. Czuję się po kilku tygodniach, poniekąd, jak domownik. Dwoje dzieci właścicieli najbliższego i ulubionego przeze mnie miejsca mojej kucharskiej inicjacji, początkowo nieufnie i z prześmiewczym wyrazem satysfakcji z popełnianych przeze mnie niezręczności, z czasem zaczynają mnie postrzegać jak pełnoprawnego użytkownika kuchni.

Często spotykam Jo, miejscowego obiboka, którego ujmująca prostota zjednała moja sympatię. Zawsze go mijam w drodze z i do Coco Palm, gdzie uczę nurkowania gości ośrodka. Nie sposób przejść obok miejscowych mieszkańców jeżeli mieszkasz tu dłużej niż tydzień, nie zatrzymując się na chwilę, żeby pogadać. Jo jest typem z gatunku „Tu i Teraz”. Jak większość wyznawców Buddyzmu obchodzi go to co się dzieje w tej właśnie chwili. Dzień wczorajszy odszedł w zapomnienie wraz z nastaniem „tu i teraz”. Również o dniem jutrzejszym nie ma co sobie zaprzątać głowy dopóki dzieje się „tu i teraz”. Działa to w ten sposób, że gdy na przykład zapytam Jo czy może mi wybrać jakiś pleciony rzemyk do podarowanego mi w Kambodży małego posążka Buddhy (Jo własnie tego rodzaju wyroby sprzedaje), on odpowie: „I will find it for you” (coś dla ciebie znajdę). Jutro ten sam dialog zostanie powtórzony i pojutrze, i dzień później też. Aż po tygodniu wymieniania grzeczności tego rodzaju, przystanę na dłużej, usiądę na kamiennych schodach jego chatki życząc Happy New Year i zagadując na temat lokalnej tradycji obchodów tak istotnej dla każdego Europejczyka daty. Wtedy Jo wstaje, rzucając jakieś zdanie po tajsku do swojej żony, na co ona odpowiada i za chwilę przynosi ze swojej kolekcji najładniejszy z rzemyków wraz z wizerunkiem powszechnie szanowanego mnicha w Tajlandii i podarowuje mi go w prezencie. Tak właśnie funkcjonuje „Tu i Teraz”.

 

Tajskie dziewczyny są piękne egzotyczną subtelnością i wiotkością sylwetek. Są zawsze uśmiechnięte, a na widok „farangów” (farang w potocznym rozumieniu to biały facet nadziany kasą) reagują sakramentalnym „welcome”, kiedy właśnie mijasz jakiś przydrożny kramik. Gdy natomiast demonstracyjnie oglądasz się za atrakcyjną, młodą dziewczyną na ulicy, pogwizdując przy tym, możesz liczyć na szczery uśmiech z jej strony, a nawet i rozmowę. W Europie takiej reakcji się nie spodziewaj. Prędzej dostaniesz w twarz, albo przynajmniej obdarowany zostaniesz karcącym spojrzeniem, i to nie tylko przez samą adresatkę twoich zalotów, ale również przez gawiedź wokół.

thai13
thai13

Samoloty na Ko Samui lądują kilkadziesiąt razy dziennie. Są to wyłącznie rejsy „domestic” czyli lokalne. Dlatego planując przylot na Samui musicie uwzględnić przesiadkę w Bangkoku. Lądowanie na krótkim pasie miedzy palmami pozostawia niezatarty ślad w pamięci, a wnętrze hali przylotów da się porównać wielkością z Dworcem Głównym PKP w Olsztynie. Natomiast atmosfera jest tu zgoła inna.

Bliskość zagłębia nurkowego Ko Tao i wyspy Ko Phangan, będącej miejscem pielgrzymek backpackersów, powodują nieustający napływ „przesiadkowiczów” na Ko Samui. Liczne szkoły nurkowe oferują kursy PADI, SSI, CMAS oraz nurkowania po najniższych cenach w Tajlandii. Nie koniecznie przekłada się to na wysoki poziom zdobytych w ten sposób umiejętności nurkowych. Ko Tao uchodzi w opinii znawców za fabrykę instruktorów. Dlatego też profesjonalne certyfikaty nurkowe zdobyte na tej wyspie lądują z reguły na spodzie pliku z aplikacjami w procesie rekrutacji kandydatów do renomowanej szkoły nurkowej.

Promy Lamprayah odpływają z Ko Samui kilkanaście razy dziennie w tych kierunkach przewożąc niezmierzone rzesze turystów wszelakich wyznań, kolorów skóry i narodowości głównie w kierunkach Ko Tao, Ko Phangan czy Ko Nangyuan. Ko lub Koh to po tajsku „wyspa”.

thai13
thai13

Ko Samui to ulubione miejsce wakacyjne turystów niemieckich, którzy wracają na wyspę co roku, do tego samego ośrodka, tego samego bungalowu a często nawet tego samego stolika przy basenie hotelowym. Możliwe, że z powodu słynnego przed kilku sponsoringu budowy jednego z miejscowych barów/restauracji Bamboo przez niemiecką stację RTL, Samui stało się miejscem ulubionym przez naszych zachodnich sąsiadów. Tym się różnią Polacy od innych nacji, że my rzadko wracamy w te same miejsca, wychodząc chyba z założenia, że szkoda nam życia na „powtórki”.

Polaków na Ko Samui jest niewielu, a ci których poznałem są raczej Niemcami polskiego pochodzenia, chociaż wydaje im się inaczej.

Na Ko Samui atrakcji turystycznych jest kilka, że wymienię tylko kilka z nich. Matka i Ojciec czyli dwie skały przybrzeżne o kształtach cokolwiek erotycznych. Nie wiedzieć czemu nazwane takimi imionami swoimi falliczno-waginalnymi skojarzeniami ustawione jakby nie bez przyczyny frontem ku zatoce.

 

Złoty Buddha to najwyższy, dostrzegalny z samolotu podczas lądowania, posąg na monumentalnym wzgórzu, stanowi znak rozpoznawczy i wizytówkę wyspy zarazem. Czemu „złoty”? Chyba dlatego, żeby mnisi opiekujący się posągiem mieli powód do nieustających zbiórek darowizn na złotą farbę służącą odrestaurowaniu jego wizerunku.

Zmumifikowany mnich z kolei to kuriozalne sanktuarium faktycznego mnicha, który rzekomo przewidział datę własnej śmierci i w oczekiwaniu na ten fakt dokonał żywota w pozycji siedzącej. Najciekawsze dla turystów w tej historii jest jednak co innego. Z uwagi na nieubłagany upływ czasu mumii kilka lat temu w sposób naturalny wypadły oczy i od tego czasu, niczym słynny inspektor Cobretti z kryminalnego hitu lat 80tych, spogląda na nas poprzez plexiglasową szybę spod przeciwsłonecznych okularów.

 

Nie te atrakcje jednak stanowią o niepowtarzalności Ko Samui. Urok tego zakątka świata polega na kombinacji atmosfery wakacji, szumu fal, lazuru wody, słońca i chillout’owej muzyki płynącej z oddali. Północna dzielnica wyspy, o nazwie Maenam, oferuje kilka urokliwych zakątków w takiej tonacji. Buddha Bar należy odwiedzać na krótko przed zachodem słońca nad Maenam. Doprowadzeni na miejsce niczym syrena swoim wabiącym głosem Bob Color Rob Wiedijk, który chodząc po plaży z mikrofonem, intonując standardy muzyki popularnej wprowadza nostalgiczną atmosferę, doświadczysz doznań wartych zapisania w pamięci na długo.

 

Zwolennicy silniejszych doznań znajdą coś dla siebie w dzielnicy Chawang i Lamai, gdzie szczególnie „by night” dzieje się, oj dzieje. Niezliczone bary oferują rozrywkę na wyższym poziomie adrenaliny. Sobotnie wieczory w szczególności w Lamai upływają w klimacie lokalnych turniejów Thai Boxingu. To wydarzenie zarówno dla turystów jak i tubylców. Przy butelce lokalnego Changa czy Singi w dłoni można doświadczyć z pierwszego rzędu spod ringu emocji rodem z „Kickboksera” czy tajskiego przeboju kina akcji „Ong Bak”. Przy odrobinie szczęścia zdołasz uścisnąć obandażowaną dłoń tajskiego mistrza bądź przyłapać go na modlitwie przed walką.

 

Boks, wydawałoby się, to sport typowo męski. Nic bardziej mylącego. W Tajlandii z równym powodzeniem boks uprawiany jest przez kobiety. Z tą jednak różnicą, że w damskim wydaniu jest bardziej okrutny, a co za tym idzie, bardziej widowiskowy. Stąd każdy turniej w sobotni wieczór w Lamai musi być okraszony przynajmniej dwiema walkami w wydaniu żeńskim.

 

Swoistym kuriozum tajskiej rzeczywistości jest zjawisko Lady Boys czyli po naszemu transseksualizmu. Piękna dziewczyna z dziwnie wydatnym nosem czy Jabłkiem Adama nie budzi tutaj niczyich emocji oprócz blado-białych turystów, w szczególności z Europy. Nikogo nie dziwi powszechnie spotykany kelner Lady Boy. Tylko nielicznym wypadają sztućce czy jedzenie z ust na ten widok. Taka jest Tajlandia. Mity i legendy na temat tajskiej seksualności rozwinę w innym miejscu. Tak czy owak, można akceptować to zjawisko czy nie, ale warto to zobaczyć. A najlepszym miejscem do wypracowania własnego zdania na ten temat, a przy tym niesamowitą rozrywką jest Zodiak Cabaret w Lamai, gdzie można zobaczyć Tinę Turner wersji trans czy atletyczn(ą) blondynę prosto z londyńskiego Soho.